Z małym
opóźnieniem (piątek mnie przerósł) powracam z tekstem o Jamesie Arthurze.
Na początku chciałbym powiedzieć, iż nigdy nie byłem wielkim
fanem Polskiej sztuki współczesnej. Czasy, w których muzycy i im podobne
alternatywnie bytujące persony, przedstawiały w swoich dziełach tęsknotę za
wolnością i ogólne pieprzenie systemu minęły. Obecnie nasi rodacy zachłysnęli
się dostatkiem, którego nie ma. Korzystamy coraz częściej z dobrodziejstw
sztuki i techniki zachodniej czerpiąc jak tylko się da z mód obecnych w USA itp.
Oczywiście zdarzają nam się perełki (głównie w dziedzinie informatycznej),
chociaż nie poświęcę im za dużo czasu ze względu na muzyczną tematykę bloga. Przejdźmy
jednak do poruszanej już na łamach „plantacji” kwestii programów rozrywkowych.
W odniesieniu do mojego powyższego wywodu na temat inspiracji naszej
cebulolandii zachodem chciałbym porównać dwie wersje popularnego programu X factor.
Szlag mnie trafia jak widzę każdą kolejną edycję polskich
programów muzycznych. Poza opisywanym przeze mnie Voice of Poland nie trafiłem
jeszcze na nic, co by mnie, (jako muzyka) przyciągnęło na dłużej do ekranu. Nie
mam pojęcia, czym to jest powodowane naprawdę… Na początku myślałem, iż brak jakiegokolwiek
talentu i siły przebicia u uczestników programów ala X factor (oczywiście zdaję
sobie sprawę z tego, iż są wyjątki – wróćcie do serii artykułów rozrywka, muzyka,
telewizja) powodowany jest brakiem możliwości rozwoju wielu zdolnych
mieszkańców Piastowego kraju. Dobry trener wokalny jest zajebiście drogi a i
wielu rodziców młodych artystów jest na tyle zacofana by stwierdzić, iż ich
dziecko nie ma prawa śpiewać w żadnym innym miejscu niż w chórze kościelnym.
Zmieniłem jednak zdanie, gdy obejrzałem serię VoP. Największym zaskoczeniem w audycjach TVP były
osoby, które wygrywały każdą kolejną edycję. Wymieńcie mi jakikolwiek inny
program telewizyjny, w którym promowane byłyby mocne rockowe głosy nadające się
do muzyki akustycznej. W dobie klubowego gówna, (którego sam też czasem
posłucham – na baletach – nie w domu) jest to niezwykle zaskakujące.
Urodził się on w miejscowości Middlesbrough w 1988 roku.
Jego rodzice dość szybko się rozwiedli, co doprowadziło do stałego rozłamu
rodziny w momencie, gdy młody James skończył rok. Ciekawostką jest fakt, iż
ojciec i matka chłopca nie rozmawiali ze sobą przez ponad dwadzieścia lat.
Spotkali się ponownie dopiero w chwili, gdy ich syn występował w X factorze.
Kurde już od początku mnie zachwycił. Jego covery znanych
popowych piosenek są po prostu genialne i muszę szczerze przyznać, iż w
momencie jego pierwszej audycji byłem w 100% pewien, że dojdzie do finału. Wykonał
wtedy swoją aranżację niezwykle gównianego kawałka Tulisy Contostavlos – Young.
Wersja gitarowa połączona z specyficznym wokalem Jamesa przeniosła mnie i
publiczność na wyżyny doznań estetycznych. Każda kolejna piosenka wykonywana
przez młodego Brytyjczyka utrzymywała podobny poziom. Mogę śmiało rzec, iż
zazdroszczę mu w pewnym stopniu „midasowego dotyku”. Nie zawsze udaje się w
końcu przerobić na hit takie ścierwa jak „Im sexy and I know it” LMFAO.
Zacytuję tu wypowiedź pana Barlowa z jury – „udało ci się nadać sens piosence,
która w oryginale brzmi jakby została napisana w 5 minut na kolanie”. To zdanie
doskonale określa przygodę Jamesa Arthura z X factorem. Nadał edycji w 2013
roku sens.