niedziela, 13 października 2013

James Arthur

                Z małym opóźnieniem (piątek mnie przerósł) powracam z tekstem o Jamesie Arthurze.

Na początku chciałbym powiedzieć, iż nigdy nie byłem wielkim fanem Polskiej sztuki współczesnej. Czasy, w których muzycy i im podobne alternatywnie bytujące persony, przedstawiały w swoich dziełach tęsknotę za wolnością i ogólne pieprzenie systemu minęły. Obecnie nasi rodacy zachłysnęli się dostatkiem, którego nie ma. Korzystamy coraz częściej z dobrodziejstw sztuki i techniki zachodniej czerpiąc jak tylko się da z mód obecnych w USA itp. Oczywiście zdarzają nam się perełki (głównie w dziedzinie informatycznej), chociaż nie poświęcę im za dużo czasu ze względu na muzyczną tematykę bloga. Przejdźmy jednak do poruszanej już na łamach „plantacji” kwestii programów rozrywkowych. W odniesieniu do mojego powyższego wywodu na temat inspiracji naszej cebulolandii zachodem chciałbym porównać dwie wersje popularnego programu X factor.



Szlag mnie trafia jak widzę każdą kolejną edycję polskich programów muzycznych. Poza opisywanym przeze mnie Voice of Poland nie trafiłem jeszcze na nic, co by mnie, (jako muzyka) przyciągnęło na dłużej do ekranu. Nie mam pojęcia, czym to jest powodowane naprawdę… Na początku myślałem, iż brak jakiegokolwiek talentu i siły przebicia u uczestników programów ala X factor (oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, iż są wyjątki – wróćcie do serii artykułów rozrywka, muzyka, telewizja) powodowany jest brakiem możliwości rozwoju wielu zdolnych mieszkańców Piastowego kraju. Dobry trener wokalny jest zajebiście drogi a i wielu rodziców młodych artystów jest na tyle zacofana by stwierdzić, iż ich dziecko nie ma prawa śpiewać w żadnym innym miejscu niż w chórze kościelnym. Zmieniłem jednak zdanie, gdy obejrzałem serię VoP.  Największym zaskoczeniem w audycjach TVP były osoby, które wygrywały każdą kolejną edycję. Wymieńcie mi jakikolwiek inny program telewizyjny, w którym promowane byłyby mocne rockowe głosy nadające się do muzyki akustycznej. W dobie klubowego gówna, (którego sam też czasem posłucham – na baletach – nie w domu) jest to niezwykle zaskakujące. 

Cóż więcej dodać. Polski X factor na całej linii dał dupy. Nie wierzycie? Jesteście zagorzałymi fanami Gienka Loski czy też Ady Szulc? Obejrzyjcie edycje Brytyjskie. Wyspiarze jeszcze nigdy mnie nie zawiedli. Sam wygląd i forma programu jest o wiele lepsza, jurorzy bardziej zjadliwi; a muzycy? Genialni! Mógłbym wiele napisać o każdym z uczestników wielu edycji angielskiego faktora, lecz w tym artykule starczy mi miejsca na tylko jednego z nich – zwycięzcę serii z 2013 roku – Jamesa Arthura.



Urodził się on w miejscowości Middlesbrough w 1988 roku. Jego rodzice dość szybko się rozwiedli, co doprowadziło do stałego rozłamu rodziny w momencie, gdy młody James skończył rok. Ciekawostką jest fakt, iż ojciec i matka chłopca nie rozmawiali ze sobą przez ponad dwadzieścia lat. Spotkali się ponownie dopiero w chwili, gdy ich syn występował w X factorze.  

Kurde już od początku mnie zachwycił. Jego covery znanych popowych piosenek są po prostu genialne i muszę szczerze przyznać, iż w momencie jego pierwszej audycji byłem w 100% pewien, że dojdzie do finału. Wykonał wtedy swoją aranżację niezwykle gównianego kawałka Tulisy Contostavlos – Young. Wersja gitarowa połączona z specyficznym wokalem Jamesa przeniosła mnie i publiczność na wyżyny doznań estetycznych. Każda kolejna piosenka wykonywana przez młodego Brytyjczyka utrzymywała podobny poziom. Mogę śmiało rzec, iż zazdroszczę mu w pewnym stopniu „midasowego dotyku”. Nie zawsze udaje się w końcu przerobić na hit takie ścierwa jak „Im sexy and I know it” LMFAO. Zacytuję tu wypowiedź pana Barlowa z jury – „udało ci się nadać sens piosence, która w oryginale brzmi jakby została napisana w 5 minut na kolanie”. To zdanie doskonale określa przygodę Jamesa Arthura z X factorem. Nadał edycji w 2013 roku sens. 



Po zakończeniu programu obawiałem się dalszej historii tego człowieka. Jak się okazało – niepotrzebnie. Większość muzyków po wygraniu tego typu konkursów od razu przykleja się do konkretnej wytwórni i stylu muzycznego, który akurat najlepiej się sprzedaje na rynku. Zazwyczaj wychodzi z tego nie wiadomo, co okraszone kałowymi dźwiękami i dość nieudolnym wokalem (porównując do wcześniejszych wykonów z programów). Wyjątkami są Leona Lewis, Dawid Podsiadło i właśnie James Arthur! Jego płyta (ukaże się na początku listopada) już zapowiada się świetnie a singiel „You’re nobody till somebody loves you” utrzymany w stylu bluesowo- rockowym został tak zmyślnie zmontowany, iż na pewno nadawałby się na każdą dyskotekę. Czekam z niecierpliwością na to wydawnictwo i polecam je każdemu czytelnikowi mojego bloga. Posłuchajcie dobrej muzyki – warto.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz