niedziela, 13 października 2013

James Arthur

                Z małym opóźnieniem (piątek mnie przerósł) powracam z tekstem o Jamesie Arthurze.

Na początku chciałbym powiedzieć, iż nigdy nie byłem wielkim fanem Polskiej sztuki współczesnej. Czasy, w których muzycy i im podobne alternatywnie bytujące persony, przedstawiały w swoich dziełach tęsknotę za wolnością i ogólne pieprzenie systemu minęły. Obecnie nasi rodacy zachłysnęli się dostatkiem, którego nie ma. Korzystamy coraz częściej z dobrodziejstw sztuki i techniki zachodniej czerpiąc jak tylko się da z mód obecnych w USA itp. Oczywiście zdarzają nam się perełki (głównie w dziedzinie informatycznej), chociaż nie poświęcę im za dużo czasu ze względu na muzyczną tematykę bloga. Przejdźmy jednak do poruszanej już na łamach „plantacji” kwestii programów rozrywkowych. W odniesieniu do mojego powyższego wywodu na temat inspiracji naszej cebulolandii zachodem chciałbym porównać dwie wersje popularnego programu X factor.



Szlag mnie trafia jak widzę każdą kolejną edycję polskich programów muzycznych. Poza opisywanym przeze mnie Voice of Poland nie trafiłem jeszcze na nic, co by mnie, (jako muzyka) przyciągnęło na dłużej do ekranu. Nie mam pojęcia, czym to jest powodowane naprawdę… Na początku myślałem, iż brak jakiegokolwiek talentu i siły przebicia u uczestników programów ala X factor (oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, iż są wyjątki – wróćcie do serii artykułów rozrywka, muzyka, telewizja) powodowany jest brakiem możliwości rozwoju wielu zdolnych mieszkańców Piastowego kraju. Dobry trener wokalny jest zajebiście drogi a i wielu rodziców młodych artystów jest na tyle zacofana by stwierdzić, iż ich dziecko nie ma prawa śpiewać w żadnym innym miejscu niż w chórze kościelnym. Zmieniłem jednak zdanie, gdy obejrzałem serię VoP.  Największym zaskoczeniem w audycjach TVP były osoby, które wygrywały każdą kolejną edycję. Wymieńcie mi jakikolwiek inny program telewizyjny, w którym promowane byłyby mocne rockowe głosy nadające się do muzyki akustycznej. W dobie klubowego gówna, (którego sam też czasem posłucham – na baletach – nie w domu) jest to niezwykle zaskakujące. 

Cóż więcej dodać. Polski X factor na całej linii dał dupy. Nie wierzycie? Jesteście zagorzałymi fanami Gienka Loski czy też Ady Szulc? Obejrzyjcie edycje Brytyjskie. Wyspiarze jeszcze nigdy mnie nie zawiedli. Sam wygląd i forma programu jest o wiele lepsza, jurorzy bardziej zjadliwi; a muzycy? Genialni! Mógłbym wiele napisać o każdym z uczestników wielu edycji angielskiego faktora, lecz w tym artykule starczy mi miejsca na tylko jednego z nich – zwycięzcę serii z 2013 roku – Jamesa Arthura.



Urodził się on w miejscowości Middlesbrough w 1988 roku. Jego rodzice dość szybko się rozwiedli, co doprowadziło do stałego rozłamu rodziny w momencie, gdy młody James skończył rok. Ciekawostką jest fakt, iż ojciec i matka chłopca nie rozmawiali ze sobą przez ponad dwadzieścia lat. Spotkali się ponownie dopiero w chwili, gdy ich syn występował w X factorze.  

Kurde już od początku mnie zachwycił. Jego covery znanych popowych piosenek są po prostu genialne i muszę szczerze przyznać, iż w momencie jego pierwszej audycji byłem w 100% pewien, że dojdzie do finału. Wykonał wtedy swoją aranżację niezwykle gównianego kawałka Tulisy Contostavlos – Young. Wersja gitarowa połączona z specyficznym wokalem Jamesa przeniosła mnie i publiczność na wyżyny doznań estetycznych. Każda kolejna piosenka wykonywana przez młodego Brytyjczyka utrzymywała podobny poziom. Mogę śmiało rzec, iż zazdroszczę mu w pewnym stopniu „midasowego dotyku”. Nie zawsze udaje się w końcu przerobić na hit takie ścierwa jak „Im sexy and I know it” LMFAO. Zacytuję tu wypowiedź pana Barlowa z jury – „udało ci się nadać sens piosence, która w oryginale brzmi jakby została napisana w 5 minut na kolanie”. To zdanie doskonale określa przygodę Jamesa Arthura z X factorem. Nadał edycji w 2013 roku sens. 



Po zakończeniu programu obawiałem się dalszej historii tego człowieka. Jak się okazało – niepotrzebnie. Większość muzyków po wygraniu tego typu konkursów od razu przykleja się do konkretnej wytwórni i stylu muzycznego, który akurat najlepiej się sprzedaje na rynku. Zazwyczaj wychodzi z tego nie wiadomo, co okraszone kałowymi dźwiękami i dość nieudolnym wokalem (porównując do wcześniejszych wykonów z programów). Wyjątkami są Leona Lewis, Dawid Podsiadło i właśnie James Arthur! Jego płyta (ukaże się na początku listopada) już zapowiada się świetnie a singiel „You’re nobody till somebody loves you” utrzymany w stylu bluesowo- rockowym został tak zmyślnie zmontowany, iż na pewno nadawałby się na każdą dyskotekę. Czekam z niecierpliwością na to wydawnictwo i polecam je każdemu czytelnikowi mojego bloga. Posłuchajcie dobrej muzyki – warto.




poniedziałek, 7 października 2013

Rozrywka - Muzyka - Telewizja cz3

Po prawie półrocznej przerwie nadszedł czas na zakończenie zabawy z polskimi programami rozrywkowymi. Czytając trans-plantację przeszliście już ze mną przez audycje stacji TVP i Polsatu – skończymy, więc na miłującym niebieskie barwy kanale TVN. „Królestwo” Jakuba Wojewódzkiego otrzymało koncesję na nadawanie programu w 1997 roku. Od początku udało im się uzyskać zasięg nadawczy o zakresie ponadregionalnym na obszarze północnej i centralnej polski. Kilka miesięcy później oglądać TVN mogli mieszkańcy południa.

Zadziwiające jest to jak mało ludzi zna dzisiaj rozwinięcie tego skrótu, chociaż wdzięczna nazwa TV Nowa była (i jest) mało subtelna). Moim zdaniem fani dokonań dziennikarzy pracujących w obrębie tej firmy powinni znać wszelkie niuanse jej dotyczące. Wróciwszy jednak do opisu historii stacji przyjrzyjmy się pierwszemu jej programowi, który wyemitowano 3 października 1997 roku o godzinie 19.25. Był to swoisty rozrywkowy miszmasz nazwany wdzięcznie „Pogodową Ruletką”. Dzisiejsi oglądacze na pewno odnajdą w starych audycjach (dostępnych na youtube) wiele powodów do radości zaś ci starsi będą mogli cofnąć się w czasie do lat 90 by przypomnieć sobie jak kicz potrafił się dobrze sprzedać. Chryste… już sam dżingiel przerażał a gdy dostaliśmy do tego „posypkę słowną” z nadmiernie pobudzonego Tomasza Zubilewicza… nie wiem jak wy, ale ja dzisiaj nie przetrwałbym przez pierwsze 5 minut tej super-kolorowej audycji.



Porzuciwszy jednak kwestię archaicznych programów rozrywkowych przejdźmy do kwestii władzy TVN-u. Pierwsze cztery lata prezesem telewizji był jej twórca Mariusz Walter. W 2001 roku ustąpił on miejsca swojemu synowi Piotrowi, który dzielnie wojował z obowiązkami prezesa do września 2009 roku, kiedy to szefostwo objął Szwajcar Markus Tellenbach. Co ważne – za kadencji syna pierwszego z prezesów stacji – spółce udało się poszerzyć swój zasięg aż do 86 % powierzchni kraju.

                Przebrnąwszy przez krótką historię naszej stacji trafiamy na rok, 2011 w którym rozpoczęto nadawanie programu rozrywkowego X factor. Jest to wynalazek czysto Brytyjski, który u wyspiarzy zastąpił popularną audycję POP Idol a że nasi rodacy zawsze chętnie czerpali z osiągnięć innych krajów kwestia przejęcia praw do nadawania własnej edycji była tylko kwestią czasu. Pierwszą serię wygrał nasz naczelny POLSKI LUMP – Gienek Loska. Miał on na swoim koncie wiele wcześniejszych dokonań w programach zbliżonych gatunkowo do X factor jednak to właśnie TVN dał mu możliwość dalszego rozwoju. Widząc go po raz kolejny publika oszalała. Nagle ten sympatyczny włochaty dziadek stał się uosobieniem American Dream w wydaniu słowiańskim – czyt. Biedniejszym. Komu przecież nie marzyło się tak spektakularne odbicie się od dna? Jednego dnia dogorywamy w pracy za stawkę, która ledwo nam wystarcza na wykarmienie rodziny a następnego brylujemy na estradzie występując przed milionami widzów. No kurczę… nie rozumiem tego. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, iż w Polsce nienawiść rośnie wprost proporcjonalnie do kompleksów jednak wystarczy spojrzeć na to, co z naszym włochatym śpiewakiem stało się po zakończeniu pierwszej serii. Dostał kasę, nagrał płytę i napisał parę tekstów o tym jak to dzielnie wygramolił się z oków alkoholizmu i rynsztoku, po czym? Słuch o nim zaginął.



Kolejnym szczęśliwcem był Dawid Podsiadło. Wygrał on II edycję, która była emitowana w 2012. Mało, kto pamiętał wtedy o tym, iż rok wcześniej naszemu młodemu muzykowi udało się zapomnieć tekstu piosenki, którą miał zaśpiewać w II etapie eliminacji X factor (zwanym Boot Camp). Trudno. Najważniejsze jest to, iż panu Podsiadło udało się nagrać bardzo dobrą płytę (w przeciwieństwie do Gienka Loski), która zaskoczyła mnie dojrzałością kompozycji jak również niewybrednymi tekstami piosenek, (które są oczywiście równane z ziemią przez wielu polskich internautów). Tak, więc nawet, gdy sukces młodego Dawida okaże się równie podatny na zanikanie jak w przypadku swojego poprzednika i tak powinniśmy być z niego zadowoleni. W końcu dostaliśmy od Podsiadły kawał dobrej muzyki a to wbrew pozorom wcale nie jest tak powszechne jak mogłoby się wydawać.



Ostatnim z dotychczasowych zwycięzców była Klaudia Gawor, o której nie napiszę nic. 2013 rok okazał się dla polskiego X factora najsłabszy i nie wydaje mi się bym mógł napisać cokolwiek o wokalistce tak jałowej jak rzeczona Klaudia. Powoli program, jakim w założeniu miał być faktor x staje się u nas bezwartościowym show nastawionym tylko i wyłącznie na skandale i popyt na smutne bądź romantyczne historie uczestników. Jedynym sensownym muzykiem, którego dojrzałem (przemykając z bólem przez kolejne wystąpienia) w III edycji programu był Grzegorz Hyży, którego dosłownie zgwałcono muzycznie dając mu do śpiewania popowe ścierwa niepasujące zupełnie do jego głosu. Dodatkowa afera związana z jego małżonką, (która ponoć dostała się na antenę tylko i wyłącznie przez swój status – żony) obrzydziła mi znacznie dalsze oglądanie programu. Mimo wszystko odnalazłem trochę przyjemności w oglądaniu dokonań pana Grzegorza w sieci (oczywiście tych niezwiązanych z X factorem). Moim zdaniem to on powinien wygrać jednak tutaj przyszło mi stanąć przed faktem dokonanym.



Na dzień dzisiejszy jedynym programem, który poleciłbym swoim czytelnikom jest Voice of Poland. Mimo jawnie irytujących jurorów (Edytka Górniak) możemy w nim odnaleźć wielu muzyków, który rzeczywiście mają fach w ręku i strunach głosowych i którzy nie kaleczą znanych piosenek nieudolnymi próbami ich zaśpiewania. X factor czy też Must be the Music powoli stają się audycjami nastawionymi na ukazywanie debili nie zaś artystów. W zestawieniu III części mojego artykułu o programach rozrywkowych wygrywa, więc TVP.


 Oczywiście TVN ma również prawa do Mam Talent, ale ten w porównaniu do X factora ma z muzyką o wiele mniej wspólnego ( a poza tym nigdy mi się nie podobał).  


niedziela, 6 października 2013

Szwaby, murzyni , miłość

Moim skromnym zdaniem nie ma nic bardziej ironicznego niż czarny obywatel Niemiec. Może i jestem zacofany i myślowo „poruszam” się po dość wąskich płaszczyznach jednak szwabskie ideologie wprowadzane z takim uporem podczas XX wojny światowej są w wielu wypadkach zauważane także i dzisiaj. Nie mówię tu oczywiście o sposobie prowadzenia polityki itp. (ukłony w stronę pani Merkel) a o zwyczajnych ludziach, z których każdy rozpływa się wręcz słysząc u obcokrajowca znajome słowa w ojczystym języku.



 Chciałbym również powiedzieć, iż od dawna jestem fanem reggae i muzyki dancehall. Po wielu latach męczenia zespołów metalowych i rockowych (SLAYER KURWA) znalazłem ukojenie w spokojnych rytmach, które podawane nam są przez „miodne” do granic możliwości murzyńskie głosy. Słuchając tego typu muzyki (oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, iż istnieje coś takiego jak „gusta i guściki”) człowiek może się odprężyć, wprowadzić w stan euforii czy też poprawić sobie humor.

Do czego się sprowadzają moje dość różniące się od siebie topiki? Do jednej z największych zagadek, na jaką trafiłem podczas moich muzycznych podróży. Połączenie opisywanego przeze mnie szwabskiego narodu z muzyką propagowaną nam przez czarnych braci pokroju Boba Marleya i jego synów w postaci Gentlemana. Panie i Panowie… rzadko się zdarza by tak odmienne światy (czekam na hejty ze strony hippisów) zrodziły tak doskonałe dziecko, jakim jest Tilmann Otto.  Urodzony 38 lat temu w Osnabruck muzyk już od czasów młodości silnie utożsamiał się z kulturą Jamajską.  

Jego kariera rozpoczęła się jednak w chwili rozpoczęcia współpracy z niemieckim zespołem Freundeskreis przy utworze Tabula Rasa.



 Jak sam przyznaje duży wpływ na jego muzykę wywarły utwory tworzone głównie przez Boba Marleya. Gentleman przyznaje się również do inspiracji dokonaniami artystów takich jak Peter Tosh, Dennis Brown, Sizzla, Anthony B. czy też Tracy Chapman. Zaskakujące nieprawdaż? Najlepsze w tym wszystkim jest to, iż w porównaniu do wielu (tak wiem, że nie wszystkich) szwabskich muzyków śpiewa prawie wyłącznie po Angielsku. W niektórych utworach zauważalne są też naleciałości z dialektu patois, który jest używany na Jamajce. Obecnie Gentleman jest jednym z najlepszych twórców muzyki reggae znanym praktycznie przez każdego, który choć trochę otarł się o świat Jah i Rastafarai.

 Pomimo przynależności do narodu tak mocno dotkniętego rasizmem i brakiem tolerancji (oczywiście wiem, że nic nie wiem) wielu artystom zamieszkującym ten kraj udaje się wybić na rynek z przesłaniem niosącym radość i miłość do bliźniego. Świat się zmienia i być może niedługo szara codzienność ludności zamieszkującej obrzeża większych landów zmieni się nie do poznania i nie będziemy widzieli na ulicach Niemieckich miasteczek pustych ulic. Gentleman jest jednym z najdoskonalszych twórców współczesnego reggae i (pokrójcie mnie za to twierdzenie) również dowodem na to, iż Germanowie mogą współcześnie tworzyć coś wesołego niekoniecznie związanego z imprezami bądź seksem.



Bless

E - ćpanie

Po dłuższym okresie – „zastoju” – wywołanym wieloma perturbacjami zachodzącymi raz za razem w moim życiu wracam do pisania bloga. Wszystkich czytelników, którym dotychczas spodobały się moje artykuły chciałbym na wstępie przeprosić gdyż nie jestem w stanie zagwarantować regularnego dodawania poszczególnych tekstów jednak postaram się sprostać zadaniu, jakim jest prowadzenie bloga. Na wstępie pragnę też określić tematy najbliższych postów.

Zajmować się będę jak dotychczas muzyką jak również dziedzinami z nią związanymi. Brzmi to może dość „specyficznie”, ale gwarantuję, iż dźwięki mogą się przekładać nie tylko na proste w odbiorze piosenki i melodie, które słyszymy w radiach, na dyskotekach czy też w domowym zaciszu przy starannie dobranej playliście w Winampie. Doskonałym przykładem jest odkryty przeze mnie ostatnio „gatunek” zwany – Binarna Beats.



Każdy z nas przynajmniej raz w życiu korzystał (bądź skorzysta) z substancji psychoaktywnych bądź używek wprowadzających nas w stan „nieważkości”. Wyobraźmy sobie jednak podobny efekt wywoływany za pomocą dźwięków. Jak go wywołać? Nic prostszego! Zaopatrujemy się w słuchawki i odpalamy program bądź melodię. Sposób budowy słuchawek symuluje dźwięk stereo, co przy odpowiednim montażu utworu „podaje” jednemu z naszych kanałów usznych określoną częstotliwość. Ważne w tym jest to by druga małżowina była „bombardowana” zdecydowanie słabiej. Efektem tego jest powstanie tak zwanych dudnień różnicowych, które zazwyczaj powodują okresowe zmiany świadomości. 

Dobre nie? Najlepsze jest to, iż słuchanie Binaural Beats działa – czasem nieco nie tak jakbyśmy chcieli, (dlatego odradzam słuchania tego typu „piosenek” ludziom chorym na epilepsję). Zdrowi ludzie zazwyczaj popadają w euforię lub odczuwają większy spokój czy też skupienie. W efekcie końcowym wygląda to podobnie jak w przypadku spalenia dobrego jointa. Zwolennicy tej niecodziennej metody tłumaczą swoją zabawę definicjami opisywanymi przez psychoakustyków i neuroakustyków. Układ słuchowy zamienia nadawany sygnał na impulsy neuronowe, które to łączą się w mózgu. Przekształcone dźwięki tworzą w naszym systemie nerwowym dudnienia różnicowe wynikające z różnych częstotliwości fal. Mózg zazwyczaj nie dostaje informacji o tak niskich częstotliwościach, ponieważ ucho ich nie słyszy i to … powoduje jego „wariowanie”.  



Wróćmy jednak do wyjaśnienia kwestii dudnień różnicowych. Co to za zjawisko i czym się odznacza? Otóż polega ono na nakładaniu się nawzajem dwóch (lub więcej) fal o nieznacznie różniących się częstotliwościach. Po tym umownym „zderzeniu” można „zaobserwować” swoistą implozję dźwięku o zwiększonej mocy wyjściowej. E- ćpanie? Świat powoli zaczyna opierać się wyłącznie na sieci web i elektronice. Mamy już e –learning, e – papierosy, e – studia, e – biura itp. Itd., Czemu by, więc nie pobawić się w małego gangstera pochłaniającego (zamiast drogich kwasików, koki bądź Maryśki) dźwięki?

I tutaj kieruję to pytanie do was moi czytelnicy. W komentarzach postarajcie się odpowiedzieć na to pytanie jak również podsunąć mi tematy kolejnych artykułów. Chcecie bym opisał jakiś zespół? Zrecenzował płytę czy też „pocisnął” po jakiejś subkulturze? Piszcie. Wracam niebawem z 3cią częścią rubryki poświęconej programom rozrywkowym w Polsce.


piątek, 29 marca 2013

Duszna - Kuchnia



                Francja – kraj żabojadów, pedałów, debili, modelek i przede wszystkim dość wysokopoziomowej kultury. W dzisiejszych czasach, kiedy to większość dorobku artystycznego wielu zespołów przenoszona jest do sieci bardzo łatwo jest wpaść na stronki katalogujące dokonania tych mniej znanych kapel. Myślę, że jest to niezwykle ważne zwłaszcza dla tych ludzi, dla których świat kończy się w obrębie granic polski a Doda, Monika Brodka czy też Hunter są zespołami o skali europejskiej. Jedną z takich „stron” jest odkryty przeze mnie niedawno kanał youtube „SoulKitchenfr”


                Powstały w 2009 roku kanał zrzesza artystów umieszczając w swoim obrębie nagrania akustyczne większości popularnych piosenek w kraju skaczących żabek. Nigdy nie byłem fanem francuskiego ani nie przywiązywałem do tego kraju większej wagi (no może poza śledzeniem losów żony pana Sarkozy) stąd też moje zdziwienie profesjonalizmem takiego przedsięwzięcia jak SoulKitchen. Niestety nie miałem dostępu do dokładniejszej historii kanału jak także informacji o jego założycielach, dlatego notkę poświęcę paru perełkom, które już od ponad roku umilają mi czas zaspokajając moje potrzeby dotyczące doznań muzycznych. 

1.       Hocus Pocus – grupa powstała w 1995 roku w Nantes. Pierwotnie grupa składała się tylko z dwóch raperów Cambii i 20Syla. W 1996 roku ukazał się ich pierwszy mixtape zatytułowany „Premiere Formule”. Składanka odniosła sukces mimo masteringu dokonanego na kasecie magnetofonowej jak i dość ubogiej playlisty (4 utwory). Rok później do zespołu dołączył DJ Greem, czego efektem stał się album „Seconde Formule” wydany w 1998 roku. Niestety ówczesny skład Hocus Pocus zakończył współpracę niedługo po wydaniu drugiego krążka. Obecnie funkcjonują w poszerzonym składzie wydając coraz to nowsze płyty. Od pamiętnego „Seconde…” francuzi bawili się także przy „Acoustic HipHop Quintet” jak i „73 Touches”. Mieszanka soulu i hip hopu jest niezwykle smaczna, dlatego polecam wam każdą z ich piosenek umieszczając dla przykładu znakomite „A Mi-Chemin”. (nagrane oczywiście w SoulKitchen). 


2.       Bernhoft – temu panu poświęcę nieco więcej miejsca w nadchodzących artykułach jednakowoż muszę go uszczegółowić opisując SoulKitchen ze względu na jego doskonałą muzykę. Urodzony w 1976 roku Norweski muzyk znakomicie połączył beatbox, gitarę i niecodzienny wokal dzięki zastosowaniu efektu loop-station. Nowoczesne rytmy przy zastosowaniu klasycznych instrumentów? To musiało się udać! Przesłuchajcie znakomite „C’mon Talk” nagrane w SoulKitchen. 

 
3.       Belleruche – Mało znany Polakom zespół z wielkiej Brytanii. Formacja grająca głównie jazz/funk/soul/ electronic powstała w 2005 roku. Stosunkowo krótki czas działania umożliwił im jednak wejście na rynek krajowy jak także sprawił, iż rozwinęli się stosunkowo szybko zdobywając serca słuchaczy.  Zjawiskowy wokal Kathlyn deBoer jak i gitarowe riffy Rickiego Fabulous zachwycają, dlatego każdemu polecam zapoznać się z ich twórczością; także dzięki SoulKitchen. 


4.       Selah Sue – “Naturalia non sunt turpia” – jak to powiedział znany polski poeta Jurand ze Spychowa. Naturalna, doskonała wokalistka, która od paru lat zachwyca każdego fana dobrej muzyki (bynajmniej takiego o dość wymagającym smaku muzycznym). Jej pierwsza płyta odniosła wielki sukces i do dzisiaj jest dla mnie jedną z najważniejszych pozycji na mojej playliście. Jeżeli jednak ktoś jeszcze nie poznał dwudziestotrzyletniej wokalistki z Belgii polecam jej nagrania umieszczone oczywiście w SoulKitchen. 


Wymieniać wszystkich artystów, którzy nagrali swoje piosenki dla kanału SoulKitchen mógłbym przez kolejnych dziesięć stron w wordzie. Nie w tym jednak rzecz. Najważniejsze jest zachęcenie was drodzy czytelnicy do szukania tego typu stron w internecie i poszerzania swoich horyzontów. Jesteśmy w końcu tym, co jemy jak i tym, czego słuchamy a lekki wysublimowany klimat, jaki panuje na kanale należącym do Francuzów na pewno nam nie zaszkodzi. Korzystając z bogatej oferty strony na pewno znajdziemy coś dla siebie i nawet najwięksi malkontenci będą zadowoleni! Polecam.



środa, 27 marca 2013

Nie jara mnie Bednarek




                Moi przyjaciele znają dokładnie moje dość realistyczno-sceptyczne podejście do życia a tym bardziej do muzyki. Każdego zaskoczy, więc to, co chciałbym opisać w tym artykule. A mianowicie postanowiłem nieco przybliżyć wam ostatnie dokonania Kamila Bednarka (numer jeden wśród najbardziej znienawidzonych „rastafarian” w kraju).    
 
                Słucham reggae od bardzo dawna jednak ostatni rok pokazał mi, czym może być prawdziwy muzyczny nałóg. Przesłuchałem terabajty mp3 zawierających dokonania ogromnej wręcz ilości muzyków by w końcu przejść na artystów parających się reggae w naszym pięknym kraju. Moim zdaniem komercyjne zainteresowanie tą muzyką jest to dość paradoksalne zjawisko w Polsce gdyż nasz naród jest niezwykle silnie skażony rasizmem czy też wręcz nacjonalizmem. Wedle naszego mniemania różni się od nas praktycznie każdy, kto nie klnie używając ulubionego „kurwa”, jako przecinka bądź też nie zalewa się radośnie nad talerzem z golonką kolejnym kieliszkiem wódki. Nic bardziej mylnego, wszyscy jesteśmy równi i muzycy reggae począwszy już od Boba Marleya starają się nam ten fakt przekazać. Słoneczne rytmy w Polsce też mogą być zjadliwe i niekoniecznie trzeba być czarnym by stworzyć dobre ragga czy dancehall, co udowodnił mi ostatnio rzeczony Bednarek. 


                Co wiemy o naszym pociesznym rastafarianie? Urodził się on 10 maja 1991 roku (łolaboga z mojego rocznika on jest jezuścicku!) w Brzegu. Jego dzieciństwo na obecnym etapie kariery jest niczym pusta paczka po parówkach, dlatego też odrzućmy je na bok do śmieci zajmując się jego aktywnością muzyczną. Zabawę z reggae Kamil rozpoczął z zespołem Star Guard Muffin w 2008 roku. W ciągu całej swojej kariery kapela wydała jedną płytę w 2010 roku zatytułowaną „Szanuj”.  Abstrahując muszę zaznaczyć, iż raczej przyczyniło się do tego wystąpienie młodego Bednarka w programie Mam Talent gdzie doszedł do finałów by odpaść na samym końcu ustępując miejsca małej dziewczynce (Słodkie prawda?). W sumie to cieszy mnie to, że wówczas nie wygrał gdyż do dzisiaj nie mogę mu wybaczyć zgwałcenia hitu Claptona „Tears in Heaven”. Wszystko można zrozumieć, ale piosenkę dedykowaną zmarłemu tragicznie dziecku należy zostawić a już na pewno nie przerabiać jej na reggae. Na szczęście nie uświadczyliśmy tego nieudanego coveru na płycie SGM. Reasumując należy wymienić jeszcze 2 EPKi zespołu zatytułowane „Ziemia Obiecana” i „Jamaican Trip”. Bednarek rozpoczął solową karierę w 2012 roku definitywnie rozwiązując działalność SGM. 


                Co już zdążyłem okazać - nigdy nie podobały mi się jego wcześniejsze dokonania Kamila ani jego zespołu. Nagrania w świetle innych znanych wykonawców (Eastwest Rockers, NDK czy nawet Vavamuffin) były jedynie poprawne i raczej nie słuchałem ich z przyjemnością. Jakże, więc wielkie było moje zdumienie (zadziwienie? Konsternacja?) gdy wpadłem ostatnio na płytkę „Jestem…” stanowiącą pierwszy album studyjny w życiu Bednarka jak także jego wielki sukces. Chryste jak ten chłopak dorósł w ciągu ostatniego roku! Każda piosenka, którą przygotował utrzymana jest w duchu rasowego reggae i co ważne wokal Kamila uległ wielkiej zmianie miejscami upodobniając się do tuzów takich jak Capleton (charakterystyczna chrypka). Kawałki takie jak „Think about Tomorrow” czy „Cisza” stanowią doskonałą ucztę dla fanów spokojnej muzyki umożliwiającej szybki chillout.  Co ważne pozbawione są tej dozy dziecięcej trywialności, jaką nacechowane były wcześniejsze wydawnictwa piosenkarza z zespołem.



 Myślę, że mogę, więc polecić „Jestem…” każdemu (nie tylko rozwrzeszczanym nastolatkom słuchającym Bednarka dla doznań seksualnych w zaciszu domowym). Chłopak rozwija się i mimo nadmiernego hejtu, który krąży wokół jego osoby na pewno zasługuje na szacunek. Nie spoczął na laurach za szybko i ćwiczy… ćwiczy… ćwiczy…! By nie zawieść nas odbiorców. Więc mimo to, iż w naszym kraju nienawiść rośnie wprost proporcjonalnie do kompleksów posłuchajmy spokojnego reggae, jakie serwuje nam Bednarek. Może jego płyta zapoczątkuje nowe zainteresowania i miłość do tej muzyki? Warto!