Moi
przyjaciele znają dokładnie moje dość realistyczno-sceptyczne podejście do
życia a tym bardziej do muzyki. Każdego zaskoczy, więc to, co chciałbym opisać
w tym artykule. A mianowicie postanowiłem nieco przybliżyć wam ostatnie
dokonania Kamila Bednarka (numer jeden wśród najbardziej znienawidzonych „rastafarian”
w kraju).
Słucham
reggae od bardzo dawna jednak ostatni rok pokazał mi, czym może być prawdziwy
muzyczny nałóg. Przesłuchałem terabajty mp3 zawierających dokonania ogromnej
wręcz ilości muzyków by w końcu przejść na artystów parających się reggae w
naszym pięknym kraju. Moim zdaniem komercyjne zainteresowanie tą muzyką jest to
dość paradoksalne zjawisko w Polsce gdyż nasz naród jest niezwykle silnie
skażony rasizmem czy też wręcz nacjonalizmem. Wedle naszego mniemania różni się
od nas praktycznie każdy, kto nie klnie używając ulubionego „kurwa”, jako
przecinka bądź też nie zalewa się radośnie nad talerzem z golonką kolejnym
kieliszkiem wódki. Nic bardziej mylnego, wszyscy jesteśmy równi i muzycy reggae
począwszy już od Boba Marleya starają się nam ten fakt przekazać. Słoneczne
rytmy w Polsce też mogą być zjadliwe i niekoniecznie trzeba być czarnym by
stworzyć dobre ragga czy dancehall, co udowodnił mi ostatnio rzeczony Bednarek.
Co
wiemy o naszym pociesznym rastafarianie? Urodził się on 10 maja 1991 roku
(łolaboga z mojego rocznika on jest jezuścicku!) w Brzegu. Jego dzieciństwo na
obecnym etapie kariery jest niczym pusta paczka po parówkach, dlatego też
odrzućmy je na bok do śmieci zajmując się jego aktywnością muzyczną. Zabawę z
reggae Kamil rozpoczął z zespołem Star Guard Muffin w 2008 roku. W ciągu całej
swojej kariery kapela wydała jedną płytę w 2010 roku zatytułowaną „Szanuj”. Abstrahując muszę zaznaczyć, iż raczej przyczyniło
się do tego wystąpienie młodego Bednarka w programie Mam Talent gdzie doszedł
do finałów by odpaść na samym końcu ustępując miejsca małej dziewczynce
(Słodkie prawda?). W sumie to cieszy mnie to, że wówczas nie wygrał gdyż do
dzisiaj nie mogę mu wybaczyć zgwałcenia hitu Claptona „Tears in Heaven”.
Wszystko można zrozumieć, ale piosenkę dedykowaną zmarłemu tragicznie dziecku
należy zostawić a już na pewno nie przerabiać jej na reggae. Na szczęście nie
uświadczyliśmy tego nieudanego coveru na płycie SGM. Reasumując należy wymienić
jeszcze 2 EPKi zespołu zatytułowane „Ziemia Obiecana” i „Jamaican Trip”.
Bednarek rozpoczął solową karierę w 2012 roku definitywnie rozwiązując
działalność SGM.
Co już
zdążyłem okazać - nigdy nie podobały mi się jego wcześniejsze dokonania Kamila
ani jego zespołu. Nagrania w świetle innych znanych wykonawców (Eastwest
Rockers, NDK czy nawet Vavamuffin) były jedynie poprawne i raczej nie słuchałem
ich z przyjemnością. Jakże, więc wielkie było moje zdumienie (zadziwienie? Konsternacja?)
gdy wpadłem ostatnio na płytkę „Jestem…” stanowiącą pierwszy album studyjny w
życiu Bednarka jak także jego wielki sukces. Chryste jak ten chłopak dorósł w
ciągu ostatniego roku! Każda piosenka, którą przygotował utrzymana jest w duchu
rasowego reggae i co ważne wokal Kamila uległ wielkiej zmianie miejscami
upodobniając się do tuzów takich jak Capleton (charakterystyczna chrypka).
Kawałki takie jak „Think about Tomorrow” czy „Cisza” stanowią doskonałą ucztę
dla fanów spokojnej muzyki umożliwiającej szybki chillout. Co ważne pozbawione są tej dozy dziecięcej trywialności,
jaką nacechowane były wcześniejsze wydawnictwa piosenkarza z zespołem.
Myślę, że mogę, więc polecić „Jestem…” każdemu
(nie tylko rozwrzeszczanym nastolatkom słuchającym Bednarka dla doznań
seksualnych w zaciszu domowym). Chłopak rozwija się i mimo nadmiernego hejtu,
który krąży wokół jego osoby na pewno zasługuje na szacunek. Nie spoczął na
laurach za szybko i ćwiczy… ćwiczy… ćwiczy…! By nie zawieść nas odbiorców. Więc
mimo to, iż w naszym kraju nienawiść rośnie wprost proporcjonalnie do
kompleksów posłuchajmy spokojnego reggae, jakie serwuje nam Bednarek. Może jego
płyta zapoczątkuje nowe zainteresowania i miłość do tej muzyki? Warto!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz