piątek, 29 marca 2013

Duszna - Kuchnia



                Francja – kraj żabojadów, pedałów, debili, modelek i przede wszystkim dość wysokopoziomowej kultury. W dzisiejszych czasach, kiedy to większość dorobku artystycznego wielu zespołów przenoszona jest do sieci bardzo łatwo jest wpaść na stronki katalogujące dokonania tych mniej znanych kapel. Myślę, że jest to niezwykle ważne zwłaszcza dla tych ludzi, dla których świat kończy się w obrębie granic polski a Doda, Monika Brodka czy też Hunter są zespołami o skali europejskiej. Jedną z takich „stron” jest odkryty przeze mnie niedawno kanał youtube „SoulKitchenfr”


                Powstały w 2009 roku kanał zrzesza artystów umieszczając w swoim obrębie nagrania akustyczne większości popularnych piosenek w kraju skaczących żabek. Nigdy nie byłem fanem francuskiego ani nie przywiązywałem do tego kraju większej wagi (no może poza śledzeniem losów żony pana Sarkozy) stąd też moje zdziwienie profesjonalizmem takiego przedsięwzięcia jak SoulKitchen. Niestety nie miałem dostępu do dokładniejszej historii kanału jak także informacji o jego założycielach, dlatego notkę poświęcę paru perełkom, które już od ponad roku umilają mi czas zaspokajając moje potrzeby dotyczące doznań muzycznych. 

1.       Hocus Pocus – grupa powstała w 1995 roku w Nantes. Pierwotnie grupa składała się tylko z dwóch raperów Cambii i 20Syla. W 1996 roku ukazał się ich pierwszy mixtape zatytułowany „Premiere Formule”. Składanka odniosła sukces mimo masteringu dokonanego na kasecie magnetofonowej jak i dość ubogiej playlisty (4 utwory). Rok później do zespołu dołączył DJ Greem, czego efektem stał się album „Seconde Formule” wydany w 1998 roku. Niestety ówczesny skład Hocus Pocus zakończył współpracę niedługo po wydaniu drugiego krążka. Obecnie funkcjonują w poszerzonym składzie wydając coraz to nowsze płyty. Od pamiętnego „Seconde…” francuzi bawili się także przy „Acoustic HipHop Quintet” jak i „73 Touches”. Mieszanka soulu i hip hopu jest niezwykle smaczna, dlatego polecam wam każdą z ich piosenek umieszczając dla przykładu znakomite „A Mi-Chemin”. (nagrane oczywiście w SoulKitchen). 


2.       Bernhoft – temu panu poświęcę nieco więcej miejsca w nadchodzących artykułach jednakowoż muszę go uszczegółowić opisując SoulKitchen ze względu na jego doskonałą muzykę. Urodzony w 1976 roku Norweski muzyk znakomicie połączył beatbox, gitarę i niecodzienny wokal dzięki zastosowaniu efektu loop-station. Nowoczesne rytmy przy zastosowaniu klasycznych instrumentów? To musiało się udać! Przesłuchajcie znakomite „C’mon Talk” nagrane w SoulKitchen. 

 
3.       Belleruche – Mało znany Polakom zespół z wielkiej Brytanii. Formacja grająca głównie jazz/funk/soul/ electronic powstała w 2005 roku. Stosunkowo krótki czas działania umożliwił im jednak wejście na rynek krajowy jak także sprawił, iż rozwinęli się stosunkowo szybko zdobywając serca słuchaczy.  Zjawiskowy wokal Kathlyn deBoer jak i gitarowe riffy Rickiego Fabulous zachwycają, dlatego każdemu polecam zapoznać się z ich twórczością; także dzięki SoulKitchen. 


4.       Selah Sue – “Naturalia non sunt turpia” – jak to powiedział znany polski poeta Jurand ze Spychowa. Naturalna, doskonała wokalistka, która od paru lat zachwyca każdego fana dobrej muzyki (bynajmniej takiego o dość wymagającym smaku muzycznym). Jej pierwsza płyta odniosła wielki sukces i do dzisiaj jest dla mnie jedną z najważniejszych pozycji na mojej playliście. Jeżeli jednak ktoś jeszcze nie poznał dwudziestotrzyletniej wokalistki z Belgii polecam jej nagrania umieszczone oczywiście w SoulKitchen. 


Wymieniać wszystkich artystów, którzy nagrali swoje piosenki dla kanału SoulKitchen mógłbym przez kolejnych dziesięć stron w wordzie. Nie w tym jednak rzecz. Najważniejsze jest zachęcenie was drodzy czytelnicy do szukania tego typu stron w internecie i poszerzania swoich horyzontów. Jesteśmy w końcu tym, co jemy jak i tym, czego słuchamy a lekki wysublimowany klimat, jaki panuje na kanale należącym do Francuzów na pewno nam nie zaszkodzi. Korzystając z bogatej oferty strony na pewno znajdziemy coś dla siebie i nawet najwięksi malkontenci będą zadowoleni! Polecam.



środa, 27 marca 2013

Nie jara mnie Bednarek




                Moi przyjaciele znają dokładnie moje dość realistyczno-sceptyczne podejście do życia a tym bardziej do muzyki. Każdego zaskoczy, więc to, co chciałbym opisać w tym artykule. A mianowicie postanowiłem nieco przybliżyć wam ostatnie dokonania Kamila Bednarka (numer jeden wśród najbardziej znienawidzonych „rastafarian” w kraju).    
 
                Słucham reggae od bardzo dawna jednak ostatni rok pokazał mi, czym może być prawdziwy muzyczny nałóg. Przesłuchałem terabajty mp3 zawierających dokonania ogromnej wręcz ilości muzyków by w końcu przejść na artystów parających się reggae w naszym pięknym kraju. Moim zdaniem komercyjne zainteresowanie tą muzyką jest to dość paradoksalne zjawisko w Polsce gdyż nasz naród jest niezwykle silnie skażony rasizmem czy też wręcz nacjonalizmem. Wedle naszego mniemania różni się od nas praktycznie każdy, kto nie klnie używając ulubionego „kurwa”, jako przecinka bądź też nie zalewa się radośnie nad talerzem z golonką kolejnym kieliszkiem wódki. Nic bardziej mylnego, wszyscy jesteśmy równi i muzycy reggae począwszy już od Boba Marleya starają się nam ten fakt przekazać. Słoneczne rytmy w Polsce też mogą być zjadliwe i niekoniecznie trzeba być czarnym by stworzyć dobre ragga czy dancehall, co udowodnił mi ostatnio rzeczony Bednarek. 


                Co wiemy o naszym pociesznym rastafarianie? Urodził się on 10 maja 1991 roku (łolaboga z mojego rocznika on jest jezuścicku!) w Brzegu. Jego dzieciństwo na obecnym etapie kariery jest niczym pusta paczka po parówkach, dlatego też odrzućmy je na bok do śmieci zajmując się jego aktywnością muzyczną. Zabawę z reggae Kamil rozpoczął z zespołem Star Guard Muffin w 2008 roku. W ciągu całej swojej kariery kapela wydała jedną płytę w 2010 roku zatytułowaną „Szanuj”.  Abstrahując muszę zaznaczyć, iż raczej przyczyniło się do tego wystąpienie młodego Bednarka w programie Mam Talent gdzie doszedł do finałów by odpaść na samym końcu ustępując miejsca małej dziewczynce (Słodkie prawda?). W sumie to cieszy mnie to, że wówczas nie wygrał gdyż do dzisiaj nie mogę mu wybaczyć zgwałcenia hitu Claptona „Tears in Heaven”. Wszystko można zrozumieć, ale piosenkę dedykowaną zmarłemu tragicznie dziecku należy zostawić a już na pewno nie przerabiać jej na reggae. Na szczęście nie uświadczyliśmy tego nieudanego coveru na płycie SGM. Reasumując należy wymienić jeszcze 2 EPKi zespołu zatytułowane „Ziemia Obiecana” i „Jamaican Trip”. Bednarek rozpoczął solową karierę w 2012 roku definitywnie rozwiązując działalność SGM. 


                Co już zdążyłem okazać - nigdy nie podobały mi się jego wcześniejsze dokonania Kamila ani jego zespołu. Nagrania w świetle innych znanych wykonawców (Eastwest Rockers, NDK czy nawet Vavamuffin) były jedynie poprawne i raczej nie słuchałem ich z przyjemnością. Jakże, więc wielkie było moje zdumienie (zadziwienie? Konsternacja?) gdy wpadłem ostatnio na płytkę „Jestem…” stanowiącą pierwszy album studyjny w życiu Bednarka jak także jego wielki sukces. Chryste jak ten chłopak dorósł w ciągu ostatniego roku! Każda piosenka, którą przygotował utrzymana jest w duchu rasowego reggae i co ważne wokal Kamila uległ wielkiej zmianie miejscami upodobniając się do tuzów takich jak Capleton (charakterystyczna chrypka). Kawałki takie jak „Think about Tomorrow” czy „Cisza” stanowią doskonałą ucztę dla fanów spokojnej muzyki umożliwiającej szybki chillout.  Co ważne pozbawione są tej dozy dziecięcej trywialności, jaką nacechowane były wcześniejsze wydawnictwa piosenkarza z zespołem.



 Myślę, że mogę, więc polecić „Jestem…” każdemu (nie tylko rozwrzeszczanym nastolatkom słuchającym Bednarka dla doznań seksualnych w zaciszu domowym). Chłopak rozwija się i mimo nadmiernego hejtu, który krąży wokół jego osoby na pewno zasługuje na szacunek. Nie spoczął na laurach za szybko i ćwiczy… ćwiczy… ćwiczy…! By nie zawieść nas odbiorców. Więc mimo to, iż w naszym kraju nienawiść rośnie wprost proporcjonalnie do kompleksów posłuchajmy spokojnego reggae, jakie serwuje nam Bednarek. Może jego płyta zapoczątkuje nowe zainteresowania i miłość do tej muzyki? Warto!

L.U.C - ambitniejsza strona rapu



                Chcąc uniknąć monotematyczności na moim blogu postanowiłem opisać jednego z moich ulubionych „raperów”. Czemu umieściłem tą nazwę w cudzysłowie? Zrobiłem to, ponieważ bohaterem mojego tekstu nie będzie typowy „hiphopowiec”, lecz artysta. Mowa tu oczywiście o Łukaszu L.U.C Rostkowskim. Urodził się on w 1981 roku w Zielonej Górze. Obecnie jest on dość znanym (w niektórych kręgach) beatboxerem, reżyserem, raperem jak również producentem muzycznym. Pomińmy jednak młodość L.U.C.a kierując się głównie ku jego dokonaniom na rynku. 

                Początkiem jego komercyjnej kariery było założenie wraz z Bartłomiejem „Spaso” Spasowskim zespołu o nazwie „Kanał Audytywny” w 2003 roku. Początki mieli niezwykle trudne jednak już rok później udało im się zagrać pierwszy koncert jak również wydać swój nielegal zatytułowany Spasoasekuracja. Moim zdaniem była to mała rewolucja gdyż ich twórczość w dobie popularnego dzisiaj nurtu „gangsta” odznaczała się głębokimi, inteligentnymi tekstami, nad którymi trzeba było przysiąść zdecydowanie dłużej niż w przypadku piosenek takich tuzów jak Peja czy Eldo. Zagmatwane tytuły i najeżone problemami egzystencjonalnymi teksty nie były jednak tak bardzo przystępne, dlatego też twórczość Rostkowskiego i „Spaso” pozostawała długo w „Undergroundzie”.
Niemniej jednak młodzi raperzy zdobyli na rynku na tyle dużo uznania by udało im się wydać w 2004 roku swój drugi album pt. Płyta Skirtotymiczna. Na kolejny krążek przyszło nam czekać do 2005 roku, kiedy do światło dzienne ujrzała płyta zatytułowana po prostu: Neurofotoreceptoreplotyka, jako magia bytu. Właśnie ta trzecia płyta odniosła największy sukces uzyskując nominację do nagrody polskiego przemysłu fonograficznego Fryderyka w kategorii „album roku hip/hop/R&B”. Niestety nie udało im się wygrać (ustąpili miejsca zespołowi Sistars) a wkrótce potem zespół zawiesił swoją działalność w związku z podjęciem solowej działalności artystycznej przez Rostkowskiego. 


                Do dzisiaj nie wiem jak określić to zdarzenie. Doskonały w swojej formie Kanał Audytywny rozpadł się zanim zdążył na stałe zawojować zepsuty napływowym gównem rynek hiphopowy; L.U.C zaś jeszcze nigdy wcześniej nie pokazał się nam, jako artysta solowy. Czy mogło się to udać? Jak się okazuje tak! 19 czerwca 2006 roku ukazał się debiutancki album rapera zatytułowany Haelucenogenoklektyzm. Gościnnie w nagraniach wzięli udział artyści tacy jak Leszek Możdżer czy też Igor Pudło (znany publice z duetu producenckiego Skalpel). Płyta trzymała poziom wcześniejszych wydawnictw zespołu Rostkowskiego. Słuchając poszczególnych piosenek znów mieliśmy okazję wybrać się w niezwykle interesująca podróż po psychice ludzkiej zahaczając przede wszystkim o te aspekty naszego bytu, które odzwierciedlały najdokładniej postać, jaką jest L.U.C.  Rostkowski nie zasypiał jednak gruszek w popiele. Już rok później ukazał się album nagrany przez niego w duecie ze znanym w środowisku Rahimem zatytułowany Homoxymoronomatura. Krążek dość poważnie traktował o problemach „dręczących” ekosystem i o wpływie społeczeństwa na trwały rozpad otaczającego nas środowiska. Degeneracja drzewa, jako upadek ludzkości? Mimo naznaczenia ideologią „zielonych” było to niezwykle smaczne a kawałki takie jak „Wirus Homosapiens” do dzisiaj figurują na mojej playliście. 


I tu dochodzimy do najciekawszego albumu rapera, jakim jest wydany w 2008 roku Planet L.U.C. Można śmiało rzec, że pan Łukasz, jako artysta osiągał powoli szczyty swojej kreatywności. Wydawnictwo łączyło w sobie, bowiem aż cztery dziedziny sztuki: muzykę, film, literaturę oraz grafikę. Albumowi towarzyszą, więc między innymi:

1.       Film zrealizowany przez Piotra Bartosa ukazujący świat widziany oczami L.U.C


2.       Książeczka stylizowana na serię „Poczytaj mi mamo” o tytule „Porymuj mi Lucu”.
3.       Wydawnictwo DVD pt. Homoxymoronomatura Live zrealizowane z Rahimem

 
L.U.C dość sporo poświęcił swojej muzyce, dlatego też nie zdziwił mnie fakt, iż po roku ukazał się kolejny album artysty. 17 września 2009 roku był dniem, w którym „świętowaliśmy” 70 rocznicę wkroczenia wojsk radzieckich na terytorium polski jak również mieliśmy okazję ujrzeć na półkach sklepowych płytkę znanego nam już rapera zatytułowaną 39/89 – Zrozumieć Polskę. Album w formie słuchowiska stanowił dość luźną prezentację nieodległej historii Polski. Muzyka na nim łączyła w sobie elementy melodii filmowych, kameralnych, jazzowych jak również tych odpowiadających gatunkowi rap. Stanowi ona m.in. tło dla głosów postaci takich jak Józef Beck, Adolf Hitler, Stefan Starzyński czy też Jan Paweł II i Lech Wałęsa. Wszystko to oplecione zostało skreczami Dawida Szczęsnego. W lipcu 2010 roku album otrzymał nominację do nagrody Superjedynki w kategorii „Płyta hip hop”.


                Kolejnym krążkiem na dość krętej drodze twórczości Łukasza L.U.C Rostkowskiego był wydany w 2010 roku krążek zatytułowany PyyKyCyKyTyPff. Nagrania ukazały się dzięki wytwórni EMI Music Poland gdzie wszystkie zostały zrealizowane bez zastosowania instrumentów. Zastąpił je, bowiem modulowany głos rapera, który pokazał swoje umiejętności, jako beatboxer w teledysku promującym płytę. Utwór, „Kto jest ostatni” doczekał się wideo reżyserowanego przez samego autora piosenki. Warto powiedzieć o tym, iż wystąpił w nim gościnnie kolejny „filar” polskiego rapu Abradab.  Ostatnie krążki rapera zostały wydane w 2011 roku. Po powtórce cyklu Zrozumieć Polskę, jakim był krążek zatytułowany Warsaw WAR/SAW. Zrozumieć Polskę, doczekaliśmy się wydanego w październiku albumu „Kosmostumostów”. Ciekawostką była promocja dotycząca tej można by rzec „biografii” autora.  Tak, więc reklamowano płytę w formie komiksu, murali jak również spektakli teatralnych. 

 
                L.U.C jest zdecydowanie jednym z najlepszych raperów w naszym kraju i jest godny uwagi moim zdaniem o wiele bardziej niż debile pokroju Peji czy Tedego. Oczywiście taka forma rapu też jest potrzebna jednak swoim poziomem dorównuje ona moim zdaniem muzyce zespołów takich jak Weekend czy też Bayer Full. Lekka przyjemna forma rozrywki, która dodatkowo poróżnia ludzi wprowadzając głupie przeświadczenie, iż każdy człowiek znajdujący się poza naszym osiedlem czy klubem piłkarskim jest naszym wrogiem. Pamiętajmy o rapie z lat, 90 kiedy to prym wiodła Paktofonika czy też Kaliber 44 i przestańmy się dziwić temu, iż rapu może słuchać zadeklarowany fan metalu czy techno. Muzyka powinna łączyć nie dzielić, czego konkluzją w ujęciu dzisiejszego artykułu jest moja zachęta do odpalenia twórczości L.U.C. Nowi fani hip-hopu zaczną słuchać czegoś inteligentnego i może sięgną po starsze wydawnictwa, zaś tym starszym na pewno zakręci się łezka w oku (oczywiście po dogłębnej analizie treści przekazywanych przez artystę).